Newsletter

Zapisz się

7 powodów, przez które coraz mniej lubię Ubera

Jakiś czas temu na swoim wallu napisałam skrawek historii, jaka miała miejsce ze mną, moją pracownicą Sandrą oraz kierowcą Ubera w roli głównej. O ile historia ta skończyła się względnie dobrze – nikomu nic się nie stało, o tyle to, co się zdarzyło się po, totalnie mnie zdegustowało i moim zdaniem było po prostu słabe. Gdyby to było pierwszy raz – ok. Wybaczyłabym. Każdemu może podwinąć się noga. Ale to już kolejny raz, kiedy Uber przesuwa granicę mojej cierpliwości. Uberze – zaczynasz robić to bardzo źle, przez co coraz mniej Cię lubię.

O co dokładnie chodzi?

Kiedy 3 lata temu siedziałam na wiślanej barce, gdzie miała miejsce konferencja prasowa wprowadzająca Ubera do Polski, byłam mocno podekscytowana. I moja zaawansowana wówczas ciąża nie miała z tym nic wspólnego ;) Chodziło o nowego gracza na rynku transportu miejskiego w Warszawie, a docelowo w Polsce – Ubera. Whooo – hooo pomyślałam. Będzie taniej, będzie nowocześnie, będzie super! Samochód dostępny z poziomu aplikacji, karta podpięta pod konto, możliwość dokładnego sprawdzenia przebytego dystansu, trasy… a przy tym normalni, zwykli kierowcy, ludzie tacy jak ja czy Ty, którzy np. wyszli z pracy i chcą sobie trochę pojeździć po mieście, a przy tym nieco zarobić. Takie były perspektywy. Przynajmniej na początku tak to wyglądało. A potem coś się zmieniło. 3 lata po wejściu Ubera do Polski muszę to niestety napisać – jest bardzo źle. Wizja, którą otrzymałam od firmy w 2014 roku, teraz jest tylko dalekim wspomnieniem.

Czarę goryczy przelała sytuacja, którą opisywałam na początku, a która miała miejsce w lutym. Sandra, z którą pracuję w agencji, zamówiła Ubera. Miałyśmy jechać na spotkanie z klientem i naszym filmowcem, który miał nagrywać relację z eventu, nad którym właśnie pracowałyśmy. Sandra wybrała odbiór na Wilanowie. Po kilku minutach, kiedy samochód był już blisko, udałyśmy się na miejsce. Auto stało zaparkowane i czekało na nas wzdłuż ulicy Hlonda. Stało przy nim dwóch policjantów, ale nie wzbudziło to naszych podejrzeń – może pytają o coś kierowcę? Tego nie wiedziałyśmy. Niczego nie podejrzewając wsiadłyśmy do środka. Dopiero wtedy usłyszałyśmy rozmowę:

– czy Pan wie, że nie wolno się tutaj zatrzymywać?

– nie, naprawdę nie zauważyłem znaku

– tutaj też nie wolno wjeżdżać, to jednokierunkowa ulica, tylko dla mieszkańców, aby mogli dojechać do garażu

– tak rozumiem, ale tak jak mówię – nie zauważyłem znaku

– proszę ze mną, pokażę Panu gdzie był znak, bo czuję, że chce się pan wymigać od mandatu

– nic bardziej mylnego, nie chcę się od niczego wymigać, po prostu mówię, zgodnie z prawdą, że nie zaważyłem znaku

(tłumaczenia, gadki o znaku, Policjant trzyma dokumenty kierowcy w ręku)

– w dniu dzisiejszym to będzie 100 zł mandatu i 1 punkt karny, czy Pan przyjmuje?

– tak, przyjmuję

– dobrze

(stukanie w urządzenie, wypisywanie)

– Panie XXX, gdybym był tutaj sam, to wtedy dostałby Pan ten mandat, ale jest ze mną dzisiaj funkcjonariusz YYY, zatem otrzymuje pan tylko pouczenie

– o, dziękuję bardzo

– a ma pan jakieś punkty?

(tu kierowca, który do tej pory był nadzwyczaj spokojny i opanowany zaczyna się wiercić)

– no może mam

– ???

– no kiedyś przekroczyłem prędkość o jakieś 14km/h i dostałem 6 punktów karnych

– a-ha. Rozumiem, no nic, to tym razem się udało, ale proszę pamiętać…..

My wciąż z tyłu. Zadzwoniłyśmy do klienta, że mamy poślizg, przepraszamy. I kiedy myślimy, że w końcu pojedziemy nagle, jak przebudzony ze snu, odzywa się Policjant nr 2:

– CHWILECZKĘ. System nie może pana zidentyfikować. Poproszę jeszcze raz o dowód osobisty. Gdzie pan mieszka?

(zaczyna się nerwówka)

– Na Wilanowie

– Pracuje pan gdzieś?

– Nieeee

– Nigdzie pan nie pracuje? Jest pan na bezrobotnym?

– No nieee

– A czemu pan nie pracuje i czemu nie jest zarejestrowany?

– Tak wyszło. Czy muszę odpowiadać na te pytania?

– Tak, musi pan.

– ???

– Czy był pan kiedyś karany?

– Może tak, a może nie….

 

W tym momencie poczułyśmy, że każda dodatkowa minuta spędzona w tym samochodzie może się dla nas źle skończyć. Zwalczyłyśmy więc ciekawość „co będzie dalej“ i szybko wysiadłyśmy, a potem oddaliłyśmy się od auta.

Na odchodnym słyszałyśmy tylko pytanie Policjanta – czy pan pracuje w Uberze? Dlaczego nas pan okłamał?

Gdy dorwałyśmy kolejnego kierowcę i mijałyśmy ulicę z kierowcą nr jeden, widziałyśmy stojącą kabarynę z włączonymi światłami. Jakieś 20 minut później Sandra otrzymała powiadomienie na swój email o zakończonym kursie… na Okrężnej 57. A że ja z Sadyby, to wiedziałam, że tam jest Komisariat Policji. Za cały przejazd zostałam obciążona kwotą w wysokość 18 złotych.

Ta sytuacja mogła się skończyć na 1000 możliwych sposobów. Nie chcę demonizować, bo takie rzeczy w 99% przypadków dzieją się tylko w amerykańskich filmach, ALE co by było, gdyby kierowca Ubera włączył silnik i zaczął uciekać???? Nawet nie chce mi się tego kończyć.

O całej sprawie na Facebooku napisałam tak:

Na duży plus zasługuje fakt, że niedługo po tym na privie skontaktował się ze mną Kacper Winiarczyk, który odpowiada za Ubera w Polsce. Zapytał co się stało, przeprosił, powiedział, że kierowca został zatrzymany do czasu wyjaśnienia sprawy. Świetnie, ale swoich 18 złotych za przejazd, który de facto się nie odbył, nie otrzymałam. Co więcej – nie mam możliwości zgłoszenia reklamacji. I tutaj przechodzimy do sedna sprawy. Uberze – zaczynam Cię lubić coraz mniej.

Dlaczego?

1.Bo masz fatalny UX jeśli chodzi o obsługę klienta i możliwość zgłaszania reklamacji

Nie ma ŻADNEGO numeru telefonu, pod którym mogłabym zadzwonić, kiedy mam dziwną, pilną sytuację, albo najzwyczajniej w świecie chcę coś zareklamować. Przepraszam najmocniej, ale jak mam zgłosić reklamację przejazdu, jeśli nie mam takiej opcji w systemie? Szybki telefon z pytaniem zapobiegłby wielu nerwom. A tak – radź se sam człowieku.

I tak, doceniam kontakt ze strony Kacpra. Ale co mają powiedzieć inne osoby, które Kacpra nie znają?

2. Kim są kierowcy??? Temat rzeka. Kiedyś było naprawdę fajnie, mili, zwyczajni ludzie za kółkiem. Dziś to kryminaliści (hard to say po mojej ostatniej przygodzie – nie mam pojęcia kim był tamten kierowca, skoro przyjechała po niego kabaryna na sygnale)? Nie wiem. Po części to są też Ukraińcy, którzy zarabiają legalnie (bądź nie), 10 zł na godzinę. Z całym szacunkiem, ale to mi zakrawa na wyzysk. Szkoda mi zwyczajnie tych ludzi.

3. Kierowcy nie znają topografii miasta!

I jeżdżą tak, jak pokazuje im uberowska aplikacja, a aplikacja pokazuje trasy jak chce! Człowiek cały czas musi patrzeć jak jedzie, bo kierowca kompletnie nie wie gdzie co jest. A jak się zagapisz i pojedziesz nie tam gdzie chcesz, to…

4. Masz beznadziejny proces reklamacji

(Patrz punkt 1). A co więcej – Uber nie zaakceptuje Twojej reklamacji, jeśli trasa będzie dłuższa maksymalnie o 10%? od trasy, którą Ty wybierzesz, czy pokazujesz. Raz miałam taką sytuację – zamiast z KENu zjechać w Dolinę Służewiecką i jechać na Wilanów, kierowca pojechał dalej, do Wałbrzyskiej. Kiedy zapytałam go, dlaczego nie skręcił w prawo, powiedział mi bardzo niegrzecznym tonem, że tak mu kazała jechać aplikacja, co jest dziwny uzasadnieniem, a dla mnie zwyczajnym kłamstwem. I chociaż trasa nie była jakoś specjalnie naciągnięta, bo finalnie zapłaciłam kilka dodatkowych złotych, to jeśli mam takich kursów 10 – 20 miesięcznie to takie „pomyłki“ zaczynają się robić kosztowne. Uber odrzucił moją reklamację.

5. Wróćmy do kierowców. Jeżdżą jak szaleni!

Jeśli to obcokrajowcy, to jak mają znać miejscowe przepisy? Czy Uber nadal sprawdza ich prawo jazdy? (pytam, bo teoretycznie osoby karane też nie mogły jeździć Uberem, a teraz mam wątpliwości jak jest naprawdę). Nie raz ściskałam gorączkowo pasy, modląc się w duchu o to, aby tylko dojechać na miejsce. A na moje prośby: Panie wolniej, Mister, slow down, w odpowiedzi słyszałam: ja nie panimaju, albo – niech się Pani nie boi, byłem pilotem śmigłowca, umiem jeździć z zamkniętymi oczami.

6. Skody, wszędzie Skody

Zróbcie sobie test. Podjeżdża po Was Skoda? To na pewno kierowca z Ukrainy. A wiecie co? Ostatnio trafiłam na takiego, co znał trochę polskiego. Czego się dowiedziałam? Że oni tu, w Warszawie, są we 3 z kolegami. Śpią w jednym pokoju, jeżdżą na zmianę. Dla nich Uber to ciężka praca. Czy oni w ogóle są zatrudnieni leganie?

7. I last but not least. Kasa kasa kasa. Pomijam już wprowadzone dynamiczne ceny i to, że de facto włączając aplikację nigdy nie wiesz, czy akurat Uber nie podniósł stawki. Ale wyciąganie kasy widać prawie na każdym kroku. Ostatnio, kiedy kierowca nie chciał przyjechać pod wskazany adres, tylko zaparkował 300 metrów dalej i przez telefon kazał przyjść na miejsce, miałam ochotę anulować jazdę. Jednak żal mi było tych 10 złotych, którymi byłabym obciążona. Zmarzłam. Musiałam się pokłócić. Finalnie jechałam ze sfochowanym kierowcą…. Czy naprawdę tak to musi wyglądać?

Ja mówię dość. Przesiadam się na taksówki (mytaxi, itaxi) i car sharingu (4Mobility). Tam gdzie mogę i mam czas – jadę komunikacją miejską. Miało być pięknie, wyszło – nie wiem nawet jak to określić – źle? Ciekawa, lubiana przeze mnie usługa, zamieniła się w spory koszmarek.

Uberze, dzieje się źle.

Ikona wpisu.

Skomentuj

Przeczytaj także

Mobile 1 - 07 - 2013

Wykorzystywanie internetu w smartfonie. Badanie MEC part 2.


Shares: 0
Mobile 27 - 11 - 2012

Klucz jest w sieci


Shares: 0
Mobile 10 - 08 - 2015

Czy marka sportowa może w kreatywny sposób promować się w mobilnej aplikacji?


Shares: 0
Mobile 24 - 08 - 2015

Rynek mobilny w Polsce – infografika do pobrania


Shares: 0